czwartek, 5 czerwca 2014

Szczęśliwa ziemia - Łukasz Orbitowski (recenzja)

O Łukaszu Orbitowskim zrobiło się ostatnio głośno. Najpierw za sprawą nominacji do Paszportów Polityki, teraz do Nagrody Nike. Obie nominacje otrzymał za Szczęśliwą Ziemię, wydaną przez krakowskie wydawnictwo Sine Qua Non. Coś w tym musi być, więc chyba warto przyjrzeć się powieści bliżej.

Rykusmyku to miasteczko jakich wiele. Nudne, bez nadziei i perspektyw na lepsze jutro. Stąd albo się ucieka albo zostaje na zawsze. W Ryku mieszka Szymon z czwórką przyjaciół. Każdy z nich ma jakieś marzenie. Blekota pragnie miłości, Dj Krzywda chce zostać sam, dla Sikorki wymiarem szczęścia są pieniądze, Trombek zaś chce, by to wszystko po prostu się skończyło. A Szymek? Tylko przestać słyszeć...
Według krążącej w miasteczku legendy w podziemiach starego zamku czai się coś, co spełnia życzenia. Chłopcy nie raz tam schodzili, ale nigdy nie zapuścili się na sam dół. Teraz u progu dorosłości, gdy większość z nich ma wyjechać postanawiają zrobić to, na co nigdy nie mieli odwagi. Spróbować zawalczyć o lepsze jutro.

“Rowery oznaczały wolność. Matka pozwalała mi jeździć tylko po parku, ale nie dopytywała, gdzie znikam na długie godziny. Zbieraliśmy się więc w parku, pod szkieletem bunkra, i wyruszaliśmy na wyprawy. Wszyscy mieli wigry 3, ja jeden kremowego jubilata z trzema przerzutkami, tak jak tylko ja słyszałem to, co słyszałem”.


Szczęśliwa ziemia to powieść o dojrzewaniu, przyjaźni i nieumiejącym poradzić sobie w nowych realiach, pokoleniu dzisiejszych trzydziestoparolatków. Wyrwanych z rodzinnego miasteczka i rzuconych w wir dorosłego życia. 
Bohaterowie, całe Rykusmyku opisani są tak naturalnie, że czytając mamy wrażenie prawdziwości przedstawianych przez Orbitowskiego wydarzeń. Wtapiamy się w tło szarych uliczek Ryku. Razem z Szymkiem i resztą spędzamy ostatnie wspólne wakacje, gramy w Quake`a, włóczymy się po mieście, by na koniec zagłębić się w trzewia zamku.


“Blekota nie zapraszał nas do siebie, za to dużo opowiadał o kolekcji horrorów na kasetach i o amerykańskim magnetowidzie. Często pożyczał od nas drobne kwoty i zapominał oddać, co było irytujące, bo nikomu się nie przelewało. W końcu poznaliśmy prawdę.
  Blekota mieszkał z rodzicami na dwudziestu metrach, toaleta była na korytarzu, za pokój służyło mu łóżko oddzielone przepierzeniem od reszty, półeczka na książki i stołek, na którym odrabiał lekcje. Matka sprzątała w Zakładach Kuzienniczych, ojciec pojawiał się i znikał”.


Szczęśliwa ziemia to najlepsza powieść Łukasza Orbitowskiego. Najbardziej dojrzała. Mało jest w niej fantastyki, ale autor zawarł tam całe sedno swojego pokolenia. Tęsknotę za bezpiecznymi czasami dzieciństwa, beznadzieję i brak przystosowania do dzisiejszych, szalonych czasów. Zrobił to po mistrzowsku i mam nadzieję, choć to będzie pewnie trudne, powtórzy przy okazji swojej kolejnej powieści.

Tytuł: Szczęśliwa ziemia
Autor: Łukasz Orbitowski
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Data wydania: 2013
Ilość stron: 384
Oprawa: miękka ze skrzydełkami


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz