sobota, 30 maja 2015

Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie - Michał Zantman, Aleksander Przybylski, Maciej Bobula, Adam Miklasz, Katarzyna Gondek (recenzja)

Pięcioro pisarzy, pięć historii, pięć różnych wizji legend miejskich. Tak najbardziej skrótowo opisać można Bękarty Wołgi. Antologię będącą pokłosiem naboru tekstów do 45. numeru magazynu Ha!art. Do redakcji wpłynęło kilkaset opowiadań, a wśród autorów wyłonionych zostało pięciu szczęśliwców, których teksty zwróciły szczególną uwagę. Zaowocowało to niniejszym zbiorem opowiadań, przygotowanych we współpracy redakcyjnej z Jerzym Franczakiem, Sławomirem Shutym i Ziemowitem Szczerkiem. 

Bękarty Wołgi otwiera Petycja Michała Zantmana i jest to mistrzowskie otwarcie. Serio. To opowieść o ludziach, którzy już bardziej zwyczajni nie mogliby być. O tym dlaczego sypią się nasze plany i marzenia. Przeczytajcie, a będzie wszystko jasne. Tekst dopracowany, wyśmiewający polską rzeczywistość, przedstawiający tragiczne położenie zwykłych ludzi. Większości z nas, którzy utknęli marząc o wyjeździe. Żyjąc tymi marzeniami, że kiedyś zostawimy za sobą wszystko. Uciekniemy i rozpoczniemy życie na nowo. Ale jeszcze nie teraz... Jeszcze nie, bo lekarz, bo Czesi, bo kminek, bo te ulice takie fajne, bo... I tak schodzi nam życie. I byłoby smutno, i pewnie złapalibyśmy doła, my niedoszli emigranci, gdyby nie poczucie humoru autora. Powalający tekst. 

Właściwie ta moja historia od początku była historią miasta, jej drobnym, nic nie znaczącym epizodem, jednym z wielu składających się na historię miasta wątków. Bo choć to ja przyjechałem do miasta i ja zostałem w mieście, to miasto, a nie ja, było w tej mojej historii najważniejsze. (s. 45)

Kolejny autor zabiera nas do filharmonii. Jego kontrabasistka Lusia, a właściwie Karolina skrywa pewną tajemnicę. Kontrabasistka Aleksandra Przybylskiego to opowiadanie dobre, krwawe i z morałem. 

Lusia uśmiechnęła się zadowolona i zmrużyła swoje szare oczy. Zapadła cisza, barman zajęty był barmanimi sprawami, a playlista skończyła się kilka minut temu. Nagle ciszę przerwał basowy pomruk. Krótki, wibrujący i zły jak brzęczenie szerszenia. Wydobył się on z Lusinego futerału po czym natychmiast ucichł. (s. 95)

W Dunkelheit Maciej Bobula pisze o “lecie miłości”. Miłości do bliźniego. To historia podróży do Waliszowa w poszukiwaniu jasnowidza Filipka. Opowiadanie pisane z młodzieńczą pasją o historiach dość bolesnych. 

Nikomu nie mówiłem o tym, co widziałem, bałem się. Najpierw bałem się, że mnie wyśmieją, że to głupi sen i po co przywiązuję do niego wagę. Potem, jak już Rysia wśród nas nie było, bałem się, że zrobią z tego, co tam widziałem, opowieść, anegdotę. Tak, jak ze śmierci ojca, matki Ryśka, a potem Ryśka samego, zrobili historię przekazywaną z ust do ust, stale deklinowaną i koniungowaną. Walka ojca o utrzymanie się na powierzchni, praca w kopalni uranu, śmierć jedna, druga i trzecia. Została babka, która widziała początek i koniec. Rozpad rodziny w środowisku małomiejskim na południu Polski. Opowiada się o ich losach jak o jakichś prozach Faulknera. Mówi się o tym jak o niuansie, który może przecież wydarzyć się ponownie, dlatego miniaturyzuje się go i przekazuje w tej wersji kieszonkowej. A nie o to chyba w tych historiach chodzi. (s. 170-171)

Z kolei Adam Miklasz w Skarbie fabrykanta opowiada nam historię ducha Sztajna, chciwego właściciela fabryki pilnującego złota. Świetne opowiadanie nie pozbawione czarnego humoru, z mnóstwem wątków i barwnych postaci. Istna petarda.  

To przewodnicy, wywodzący się z grupy dość ekstrawaganckich mieszkańców dzielnicy, zwani przez jednych artystami, a przez innych pedałami. Trzydziestoletnia kolorowa młodzież, aktywni. Wprowadzili się tu jakieś trzy, cztery lata temu, a to - patrząc z perspektywy dzielnicy - zupełnie niedawno. Wygrali projekt. Jakaś rewitalizacja jakiegoś społeczeństwa bez perspektyw o dużym zagrożeniu bezrobociem. Przez turystykę, kulturę, sztukę. Unia dała, przejęli więc i odnowili jeden z przyfabrycznych szeregowych budynków i wprowadzili się tam, zmieniając nieco fryzurami i ciuchami smutne barwy otaczającego świata. Rozsiedli się w pokojach, biurach, pomieszczeniach gospodarczych i pracowali nad zmianą perspektyw i wizerunku dzielnicy, pisząc dalsze projekty: kursy modeliny dla młodzieży z rodzin patologicznych, wikliniarstwo dla bezrobotnych kobiet plus pięćdziesiąt, spotkania z ciekawymi ludźmi, na które Kowalik z pewnością nie zostałby zaproszony w charakterze gościa. (s. 191)

Na koniec Katarzyna Gondek w Klęsce urodzaju przedstawia nam mieszkańców pewnego bloku. Babę z okna czekającą na wojnę, nastoletnich niby-punków, niemą dziewczynę próbującą uwolnić uwięzione w piwnicy zwierzę, Mięsną, Ciastkową, młodego księdza i hydraulika Hydrę. Narrator w tej opowieści nie jest przezroczysty. Narrator ingeruje, knuje i patrzy co z tego wyniknie. W końcu buntuje się. I zostawia nas. Nie napiszę, że z niczym, bo opowiadanie szczególnie zapada w pamięć. Jedno z najlepszych i zarazem mocne zakończenie zbiorku. 

Wracający z zakupów taszczą podejrzane ilości konserw, kasz i ryżów. Szykują się. Pani Łucja z kpiącym uśmiechem sunie okiem po półkach, szafkach, schowkach obrastających połacie ścian. Mieszkanie Pani Łucji jest bowiem po sufit zaopatrzone w puszki i przetwory. Ma wszystko. Dla siebie. Dla psa. Dla córki, która przecież kiedyś wróci z odległych Wysp Brytyjskich. Pani Łucja, wierna obserwatorka bloku i podwórza, wie o wojnie nie od dziś. Tak. Wojna się zbliża. Idzie wojna. Trzeba się szykować, wypatrywać, nasłuchiwać, węszyć. Bo wojna jest tuż-tuż. Nieprzygotowanego zaraz dorwie i po życiu. Przygotowanego nie ruszy. Ona to wie. I dlatego od dwudziestu lat opiera miękkie łokcie o parapet. Wypatruje wojny. Jest na nią gotowa. Tylko czeka. (s. 263)

Każde z tych opowiadań jest na swój sposób wyjątkowe, w każdym przewijają się podobne motywy: dymy z kominów powodujące bezpłodność, tatuaże nasączone LSD, staruszka zwisająca z trzepaka głową w dół, bimber sztajnówka, kontrabasistka. Teksty tak różne, jak autorzy. To co jest wspólne, to wirus opowieści, plotka, legenda przekazywana z ust do ust. Bo nieważne co jest prawdziwe, jeśli w coś wierzymy, to jest to prawda. A przynajmniej nasza prawda. 
To nie są opowiadania początkujących pisarzy. Bo żeby osiągnąć taki poziom, trzeba pisać latami. Autorzy tego zbiorku mogą być zadowoleni, czytelnicy również. No i czego chcieć więcej? Chyba tylko kolejnych tak udanych antologii. 

Tytuł: Bękarty Wołgi. Klechdy miejskie
Autorzy: Michał Zantman, Aleksander Przybylski, Maciej Bobula, Adam Miklasz, Katarzyna Gondek
Redakcja: Michał Sowiński, Bartłomiej Woźniak
Redaktor serii: Piotr Marecki
Współpraca redakcyjna: Jerzy Franczak, Sławomir Shuty, Ziemowit Szczerek
Wydawnictwo: Korporacja Ha!art
Rok wydania: 2015
Liczba stron: 300
ISBN: 978-83-64057-58-8


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz